Mariusz Grefkowicz

Patagonia cz. 1: Perito Moreno, Fitz Roy i Cerro Torre

Rok 2025 rozpoczął się dla mnie z przytupem – spełniłem swoje wieloletnie marzenie o wyjeździe do Ameryki Południowej, aby na własne oczy zobaczyć najpiękniejsze miejsca tego kontynentu. Wybór padł na górski obszar Patagonii na południu kontynentu oraz pustynię Atacama na północy Chile.

Skąd ten pomysł? Pocztówkowe widoki parków narodowych Los Glaciares, Torres del Paine i połyskujące w słońcu ściany szczytu Fitz Roy od lat mnie przyciągały, dlatego moja pierwsza podróż na ziemie Nowego Świata nie mogła odbyć się w żadnym innym kierunku. Od dawna też chciałem się przekonać, które góry są najpiękniejszymi na świecie – Dolomity czy właśnie szczyty Patagonii. Już znam odpowiedź na to pytanie, ale opowiem Wam o tym w ostatniej części relacji. 

Ale dlaczego jeszcze pustynia Atacama? Może zabrzmi to kuriozalnie, ale… to nadal Chile, więc automatycznie myśląc co jeszcze można zrobić w tym kraju, nasunęła się pustynia. Może wiecie, że to raj dla miłośników wulkanów, zatem nie wahałem się ani chwili – w końcu jestem jednym z nich. Jeden kraj? Owszem, natomiast z uwagi na swój nietypowy kształt – Patagonię od Atacamy dzieli takie drobne 4000 km… Ale co to dla mnie! Przy podróży na koniec świata dystans porównywalny do odległości Lizbony od Helsinek nie robi już większego znaczenia! Wyobrażacie sobie podczas podróży po Portugalii stwierdzić, że zrobicie jeszcze szybki city break w stolicy Finlandii? Ja nie…

Moja podróż rozpoczęła się w Wiedniu, ale licząc czas od wyjazdu z domu, do chwili gdy moje stopy pierwszy raz dotknęły patagońskiego podłoża – zajęło mi to łącznie 88 godzin. Zmęczenie podróżą olbrzymie, ale ekscytacja przygodą jeszcze większa. Do pierwszego miejsca samochodem nie kierowałem ja, tylko moja adrenalina. Silny wiatr, Ruta del Fin del Mundo (Droga Końca Świata), znaki ostrzegawcze – “Uwaga! Lamy!” i właśnie one stadami stojące przy drodze (a czasem nawet na niej) – wszystko tak inne od tego, co znamy na co dzień. Również odmienne było przekraczanie granicy chilijsko-argentyńskiej – mnogość dokumentów i zawiłości w połączeniu ze zmęczeniem daje materiał na dobrą książkę.

Pierwszym miejscem, które odwiedziłem był lodowiec Perito Moreno. W swoim życiu widziałem już lodowce alpejskie, cofający się w zatrważającym tempie lodowiec Mer de Glace, liczne lodowce na Islandii wraz z lagunami lodowcowymi, ale stanięcie twarzą w twarz z czołem lodowca wysokim na 70 metrów, słuchanie jak z każdym trzaskiem opowiada swoją historię, jak co kilkanaście minut potężne tafle lodu z olbrzymim hukiem wpadają do wody… Coś niesamowitego! Przepadłem tam z aparatem w ręku na kilka godzin oddając się podziwianiu potęgi natury.

Z okolic lodowca ruszyłem w dalszą przygodę w stronę argentyńskiej części Patagonii. Przygotowywałem się do tej podróży bardzo długo, czytałem sporo – wiedziałem w teorii, że Patagonia to tak naprawdę Pustynia Patagońska z nielicznymi masywami górskimi królującymi nad niekończącymi się pustkowiami, ale poczucie tego jak człowiek jest maleńki wobec potęgi Pachamamy (kecz. Matka Ziemia) jest nie do opisania. Pierwszy raz w życiu doświadczyłem planowania trasy w oparciu o występowanie stacji benzynowych i uzupełnianie baku o zapasy paliwa z kanistra.

Celem następnych dni był Park Narodowy Los Glaciares oraz El Chalten jako baza wypadowa. Już sama droga dojazdowa do miasteczka jest niesamowita! Górujące nad pustynią strome ściany szczytów robią olbrzymie wrażenie. Atrakcje rozpoczynają się już z momentem wjazdu do miasteczka i pierwsze zetknięcie z kulturą jakże odmienną od naszej: ceny w markecie? Po co! Przy kasie dowiesz się ile kosztują produkty. Argentyńczycy chodzący wszędzie z matero wypełnionym yerba mate? Oczywiście! Na szlakach także! (Do tej pory mój europejski mózg nie jest w stanie pojąć po co noszą nieporęczne matera z bombillami przy sobie cały czas, skoro termos jest 100 razy wygodniejszy) Kondor andyjski o rozpiętości skrzydeł do 3 metrów? Tak! Już na pierwszym punkcie widokowym przy samym mieście usiadł zaledwie 10 metrów ode mnie! Każdy kolejny krok to kolejne zaskoczenia.

Zdecydowałem się na mniej popularną formę spędzania czasu w El Chalten, otóż zabrałem namiot do plecaka i ruszyłem do parku narodowego, aby doświadczyć obcowania z patagońską przyrodą w wersji na maksa. Cztery dni na szlaku, czerpanie wody z górskiego potoku, doświadczenie patagońskich wiatrów, ostrego słońca, ulewnego deszczu podczas którego trzeba jeszcze rozbić namiot aby mieć się gdzie schronić – nic tak nie kształtuje charakteru jak trudy podróży. Ale zasypianie w zimnym namiocie przy dźwiękach rzeki lodowcowej brzmi bardziej luksusowo niż 5-gwiazdkowy hotel ze strefą SPA, czyż nie?

Oglądanie z bliska Cerro Torre czy szczytu Fitz Roy – górujących ponad lagunami lodowcowymi sprawia, że człowiek zapomina o świecie który istnieje poza tym miejscem. Zwłaszcza podczas wyprawy, na której nie ma się dostępu do Internetu.Jak zatem sprawdzić prognozę pogody przy tak szybko zmieniających się warunkach? Z pomocą przychodził tutaj opiekun campingu, który codziennie o godzinie 20:00 otrzymywał przez telefon satelitarny prognozę na kolejny dzień, którą dzielił się z turystami.

Z El Chalten wyjeżdżałem nasycony widokami i przeżyciami bardzo niechętnie, ale czekała na mnie kolejna przygoda.

Relacja z 2. części mojego wyjazdu już niebawem!

Scroll to Top