Mariusz Grefkowicz

Atacama cz.3: wśród wulkanów i bezkresu pustyni

Ostatnim etapem naszej podróży było odwiedzenie rejonu San Pedro de Atacama na północy Chile. Aby się tam dostać musieliśmy odbyć dwa loty, łącznie spędziliśmy w powietrzu aż pięć godzin. Co ciekawe ani razu nie opuściliśmy Chile, pokonując przy tym dystans równy temu z norweskich Lofotów do marokańskiego Marrakeszu. 

Jednym z problemów w tym rejonie jest przemieszczanie się, a szczególnie wypożyczenie auta. Choć nie brakuje firm świadczących tego typu usługi, to wszystkie mają jednoznaczne opinie – oszuści, złodzieje, nie korzystaj. Nie ukrywam, że trochę stresował mnie ten fakt, gdyż bez auta 4×4 nie moglibyśmy zrealizować założonego programu. Wszystkie wypożyczalnie wymagały bardzo wysokiej kaucji, mimo wszystko postanowiliśmy zaryzykować. Odbiór auta był wygodny i sprawny (pomimo, że obsługa mówiła tylko po hiszpańsku), samo auto nowe – raptem pół roku od daty produkcji. Dobrze to wróżyło, gdyż w opiniach tej wypożyczalni, a były najlepsze ze wszystkich, nie brakowało zdjęć łysych opon czy świecących się kontrolek na desce. Nasze Subaru jednak pachniało nowością i zawiewało luksusem, szczególnie jak na tutejsze warunki. A jak było ze zwrotem? O tym na końcu, trzymajmy się chronologii. 

Pustynia Atacama zrobiła na nas ogromne wrażenie w sumie od razu. Potężne przestrzenie nad którymi górują ogromne, ponad 6000-tysięczne wulkany. Pod nimi ogromne solniska, które z oddali przypominają wielkie jeziora. Takich widoków nie widzieliśmy w swoim życiu nigdy wcześniej! Jadąc do naszej bazy noclegowej w San Pedro de Atacama trudno nie było zwrócić uwagi na miejsca pamięci poświęconej ofiarom wypadków wzdłuż drogi. Ich ilość przytłaczała, szczególnie w miejscu, gdzie znajdował się 16 kilometrowy odcinek drogi prowadzący w dół. Spadek wysokości na jego długości to aż 1000 metrów! Biorąc pod uwagę stan techniczny tutejszych aut i liczne tiry, o tragedię naprawdę nie jest trudno. Co ciekawe nikt nie sprząta tych aut, ani ich resztek. Rodziny zmarłych często budują potężne miejsca pamięci w miejscach wypadku, w jednym umieszczono nawet na podeście auto w którym zginął jego właściciel. W Chile bardzo żywa jest wiara w fakt, że dusza człowieka pozostaje na miejscu wypadku, stąd tak wielkie przywiązanie do dbania o nie.

Wróćmy jednak do przyjemniejszych kwestii. Sam wjazd do miasta robi już ogromne wrażenie. Przed nami rozpościerała się panorama na granicę Chile z Boliwią, którą stanowią wulkany przekraczające 5900 m n.p.m. A pod nimi widoczne były góry z błota, które stanowią jedną z głównych atrakcji pustyni. Przejeżdżanie przez drogę wydrążoną pomiędzy ogromnymi formacjami błotno-skalnymi robiło ogromne wrażenie! Byłem zachwycony i nie mogłem doczekać się dalszej przygody. Naszym głównym celem było chodzenie po jak najwyższych wulkanach oraz zwiedzanie lokalnych pereł, czyli nieco popularniejszych atrakcji turystycznych. 

Jedno muszę przyznać od razu, tydzień to było zdecydowanie za mało, aby zrealizować nasz ambitny plan. Dlaczego? Słowo klucz to aklimatyzacja. Samo miasto położone jest na wysokości około 2300 m n.p.m., atrakcje turystyczne sięgają wysokości 4500 m, a wulkany nieco powyżej 6000 m. Zabrakło nam dosłownie dnia, aby wejść na wszystkie trzy szczyty, ale i tak jestem zadowolony. Cieszę się także, że mój organizm adaptuje się bardzo szybko do dużych wysokości, byłem gotowy do wejścia na 5600 metrów już po dwóch dniach. 

Sam pobyt w tym rejonie był magiczny i na pewno wrócę na dłuższy urlop, aby zdobyć jak najwięcej wulkanów, w końcu jestem ich fanem. Jednak zanim przejdę dalej, chciałem umieścić tutaj pewną ciekawostkę. Na tym potężnym obszarze znajduje się raptem jedna stacja benzynowa, w San Pedro de Atacama. W związku z intensywnym zwiedzaniem, trzeba z niej korzystać codziennie. System tankowania w Chile jest zupełnie inny, niż w Polsce. Nie ma możliwości uzupełnienia baku samodzielnie, nie wysiada się nawet z auta. Każdy dystrybutor ma swojego pracownika, który zajmuje się obsługą. Płatności kartą też wyglądają inaczej, bowiem na terminalach nie widać kwoty. Przygotowałem się jednak dobrze do tego procesu i na Google wyczytałem, że pracownicy stacji oszukują, doliczając sobie napiwki do płatności. Na sześć tankowań, aż cztery razy zapłaciłem po 2000 CLP (około 8,30 zł więcej)! Za każdym razem jednak się upomniałem, ale uwaga – pracownicy są cwani. Napiwek nie drukuje się na potwierdzeniu płatności kartą, więc początkowo udają, że wszystko jest ok. Dopiero po pokazaniu kwoty w aplikacji uznają, że to błąd systemu i zwracają gotówką nadwyżkę. Co ciekawe, ten sam człowiek chciał oszukać mnie dzień po dniu. Można to potraktować jako część lokalnego folkloru, ale warto nie zgadzać się na takie praktyki, aby nie uczyć ich złych nawyków. 

Wróćmy jednak do tego, co dobre, a dokładnie do wątku wulkanicznego. Nie mogę nie wspomnieć o naszej przygodzie na aktywnym wulkanie. Będąc na całkowitym odludziu (najbliższe miasto 40 km, ale to chyba na wyrost powiedzane, bo najbliższe Talabre ma aż… 129 mieszkańców) postanowiłem przetestować swoje umiejętności off-road i uwaga… przegrałem z naturą. Nasze auto ugrzęzło w piasku. Przez około godzinę starałem się kopać gołymi rękoma i podkładać kamienie. Gdy byłem już lekko zrezygnowany i zakrwawiony, żona wpadła na dość oczywisty i prosty w realizacji pomysł. Drapałem się po głowie, jak sam tego nie wymyśliłem, ale to jest właśnie siła grupy! Finalnie użyliśmy lewarka, aby podnieść pojazd i umieścić pod kołami kamienie. Efekt był momentalny, gdyż opony miały wystarczająco dużo tarcia. Sam proces nie był jednak tak banalny, najpierw musiałem znaleźć względnie płaski kamień, na którym oparłem podnośnik, gdyż umieszczenie go na piasku byłoby bezcelowe – przesunąłby się po kilku ruchach. 

Cieszę się, że przeszliśmy taką lekcję, choć wtedy nie było mi do śmiechu. Dlaczego jestem zadowolony? Zdobyłem niezbędne doświadczenie przed kolejną podróżą. Utknęliśmy w miejscu dalekim od cywilizacji i całkowicie bez ludzi, ale jednak takim, gdzie raz na dzień/dwa ktoś się pojawia. Pomoc zatem by i tak nadeszła, a w kolejnych latach mamy w planach wybranie się w miejsca, gdzie ludzie pojawiają się raz na kilka tygodni lub miesięcy. Już wiem, że poruszanie się w takim rejonie bez telefonu satelitarnego czy starlinka byłoby nieodpowiedzialne. Za to kocham podróże – uczą i prowadzą nas przez życie. 

Zwiedzanie głównych atrakcji San Pedro jest dość proste. Wystarczy kupić bilet wstępu i udać się na parking. Opcji jest naprawdę bardzo dużo, dlatego trzeba wybierać rozsądnie. Na mnie największe wrażenie zrobiła Księżycowa Dolina oraz Czerwone Skały! Cudowne były to miejsca, których majestat jest ze mną po dziś dzień. Zwiedziliśmy także laguny z flamingami, wąwóz z kaktusami, odległe wioski Atacamy czy jeszcze więcej gór z błota. Był to czas spektakularny i na pewno już nigdy nie zaplanuję tak krótkiego pobytu w tym miejscu. Jeżeli jednak nie chcesz chodzić po wulkanach, myślę że 4 do 5 dni to jest maksymalny czas jaki możesz tam spędzić.

Dzień przed wylotem udaliśmy się na nocleg do Calamy, aby być blisko lotniska, gdyż mieliśmy poranny lot. Szczerze przyznam, że to miasto robi złe wrażenie. Choć ani razu nie poczuliśmy się zagrożeni w trakcie naszego wyjazdu, to aura tego miejsca była zdecydowanie zła. Wszędzie kraty, druty kolczaste, część obiektów posiadało ogrodzenie pod napięciem. Wjazd do naszego hotelu posiadał ogromną bramę i ochronę, która sprawdzała każde auto. Wyglądało to, jakbyśmy wjeżdżali do więzienia o zaostrzonym rygorze. Na recepcji wisiała wielka kartka z napisem, że nie obsługują gotówki i płatność tylko kartą, oczywiście ze względów bezpieczeństwa. Samego miasta nie zwiedzaliśmy, gdyż nie posiada większych atrakcji, ale mieszkańcy także ostrzegali nas przed spacerami. Nikt jednak nie potrafił odpowiedzieć na pytanie dlaczego jest niebezpiecznie, choć ostrzegali nas przed czyhającym zagrożeniem. Po powrocie do Polski, gdy spotkaliśmy Chilijczyka, wytłumaczył on nam, że w Calamie albo pracujesz w kopalni, albo dla kartelu narkotykowego… Wyjaśniło nam to sporo.

W dniu wylotu oddaliśmy auto z samego rana. Proces ten przebiegł miło i bez problemów, dosłownie po 15 minutach od oddania kluczy dostałem na maila potwierdzenie, że wszystko jest ok. Kaucja została zwolniona z karty po ośmiu dniach. Zatem nie takie straszne te wypożyczalnie. Dla komfortu wykupiłem pełne ubezpieczenie, co zalecam zrobić, gdyż o drobne uszkodzenie auta w tym rejonie nie trudno. Osobiście lekko uszkodziłem felgę kamieniem, w trakcie walki o wyjazd z piasku.

Ostatni dzień spędziliśmy w Santiago de Chile, którego główną atrakcją jest uwaga… cmentarz! Powrót do Polski nie był aż tak sprawny, gdyż na lotnisku dowiedzieliśmy się o dwunastu godzinach opóźnienia. Na szczęście linia lotnicza o nas zadbała, dając nam hotel. Było to świetne rozwiązanie, gdyż mieliśmy gdzie zostawić rzeczy, a po dalszym zwiedzaniu Santiago, opcja odświeżenia się była nam po prostu potrzebna. I tak dobiegła końca na ten moment przygoda naszego życia!

Scroll to Top