Cz. 2: Wyjazd na zorzę polarną na Islandię 7-14.03.2025
Od dawna chciałem przybyć na Islandię w celach fotograficznych, jednak nigdy nie mogłem znaleźć na to czasu lub zniechęcała mnie perspektywa kiepskiej pogody, co na Islandii jest bardziej gwarantowane niż słoneczna aura. Wyjazd na zdjęcia, a ten turystyczny to zupełnie dwie różne rzeczy. O ile chcąc coś zwiedzić lub pochodzić po górach ważne jest, aby po prostu nie padało i nie wiało zbyt mocno, to w przypadku fotografowania tzw. warun ma kluczowe znaczenie, a przy wyjazdach turystycznych jest tylko miłym dodatkiem. Każdy kto był na Islandii wie jak ciężko jest tam trafić na ładny okres. Postanowiłem więc monitorować pogodę na wypadający w dniach 7-10 marca wyjazd Portalu Tatrzańskiego, jak i po nim, aby ewentualnie podjąć decyzję o szybkim przebukowaniu biletów lotniczych. Już długoterminowe prognozy napawały mnie optymizmem, w prognozie było samo słońce we wszystkie dni. Oczywiście należy traktować je z przymrużeniem oka, szczególnie na Islandii, gdzie często nie sprawdza się prognoza na kilka godzin do przodu, a co dopiero na dwa tygodnie. Jednak w takich przypadkach lubię się cieszyć małym zwycięstwem i wmawiam sobie, że tak już zostanie. Zbliżał się termin wyjazdu i finalnie postanowiłem 5 marca przebukować swoje bilety, a w sumie ten powrotny z 10 na 14 marca. Wizzair daje taką opcję, a jedyną opłatą jest różnica w cenie biletu. Zapłaciłem za to raptem 217 złotych, czyli naprawdę niewiele, patrząc na to, że prognoza pogody wskazywała na najlepsze okno podczas całego sezonu zimowego na Islandii (tutaj mały spoiler: sprawdziło się!).
Zanim ruszyłem z grupą na Islandię dokonałem jeszcze rezerwacji auta. Wybrałem Volkswagena Caddy, który posiadał w środku materac 120×200 cm oraz ogrzewanie postojowe. Gdy tylko pożegnałem się z moją grupą na lotnisku, odebrał mnie kierowca z firmy, abym mógł odebrać wynajęte auto. Był to mój dom na kolejne cztery noce. To bardzo popularna forma zwiedzania na Islandii, tj. spanie w aucie. Głównym powodem jest niższy koszt oraz możliwość spania w miejscach, gdzie infrastruktura noclegowa jest bardzo uboga, przez co ceny pokoi w sezonie dochodzą nawet do 3000 zł/noc za dwie osoby. U mnie zadecydowała głównie chęć bycia na miejscu akcji oraz elastyczność planu. Była to bardzo dobra decyzja, choć z mojego auta nie byłem zadowolony i wybiorę następnym razem inną firmę. Główną wadą było stare i zniszczone łóżko (mocno się zapadało) oraz ogrzewanie działające tylko 5,5h. Mi to aż tak bardzo nie przeszkadzało, gdyż prawie nie spałem, a pogoda była piękna i w sumie tylko raz musiałem dogrzewać się śpiworem puchowym. Jednak jeżeli pogoda byłaby brzydka, albo wybrałbym się na wyjazd rodzinny, to czas spędzony w pojeździe znacznie by się wydłużył, wtedy te 5,5h powodowałoby, że w aucie miałbym lodowato, albo musiałbym jeździć, aby ładować akumulator webasto, co byłoby stratą czasu, energii oraz pieniędzy (paliwo).
Wróćmy jednak do tego co dobre, bo mój wyjazd był naprawdę fantastyczny! Na pierwszą bazę noclegową wybrałem Vik, gdyż znajdował się on nieco za połową mojej trasy do wschodu słońca na Diamond Beach, gdzie dotarłem kolejnego dnia. Pojazd odebrałem około 19:30 i nie starczyłoby mi siły aby jechać kolejne 5h, w końcu ten dzień spędziłem w pracy z grupą. Camping w Vik był zamknięty, ale można było spędzić tam noc i tak też zrobiłem. Nie był to długi sen, gdyż o 4:30 zadzwonił budzik i ruszyłem w stronę zatoki lodowcowej Jokulsarlon, gdzie zameldowałem się niespełna 2,5h później.
Wschód słońca był iście fantastyczny, kolory i chmury grały swój spektakl. Jedynie ułożenie diamentów nie było optymalne dla fotografii, choć i tak dużo lepsze, niż gdy byłem tam dwa dni wcześniej z wycieczką. Wtedy sytuacja była dramatyczna i nie było ich prawie wcale, co miało związek z wcześniejszym sztormem. Tym razem lodu było bardzo dużo, ale Atlantyk był niebywale spokojny, przez co linia brzegowa znacznie się cofnęła i praktycznie niemożliwym było znalezienie diamentu na piachu, który jest delikatnie dotykany przez ocean. Taka sztuka udała mi się na odległych kamieniach, które normalnie są przykryte wodą, tamtego dnia można było wejść około 100 metrów dalej w głąb, niż standardowo wiedzie linia brzegu! Mimo wszystko i tak mi się podobało. I choć plener będzie do poprawy, to udało się zrobić ciekawe, ale nie topowe ujęcia. Natomiast dalsza część dnia była iście spektakularna! Udałem się na lodowiec w celu eksploracji jaskiń lodowcowych. To był strzał w dziesiątkę i niesamowite przeżycie. Dzięki słonecznemu dniowi, który jest rzadkością na Islandii, moja wycieczka była fantastyczna! Wpadające do środka światło powodowało, że lód miał niesamowicie intensywny niebieski kolor, czasem z domieszką zieleni. Jestem bardzo zadowolony z wykonanych tamtego dnia zdjęć, będą mi dobrze służyły na lata, a także do e-booka o Islandii, którego chcę wydać pierwszą część już jesienią tego roku. Swoją wycieczkę przedłużyłem o lodowiec, aby zobaczyć mniej uczęszczane, a w sumie prawie w ogóle, rejony. Tamtego dnia popełniłem jednak jeden duży błąd. Chciałem dotrzeć do Hofn na zachód słońca, aby móc wybrać kadry na Stokksens przed zorzą polarną, ale niestety zbyt późno skończyłem wycieczkę i nie udało mi się dotrzeć na miejsce o czasie. Plener tym samym zmarnowałem, a światło było przecudowne! Jak bym to teraz zrobił? Zostałbym w zatoce lodowcowej Jokulsarlon, aby fotografować po drugiej stronie od Diamond Beach, właśnie lodowe kry o tzw. niebieskiej godzinie. Wyglądają wtedy fantastycznie, a ja to zmarnowałem! No cóż, do powtórzenia będzie zarówno plener przy diamentach, jak i w zatoce po zachodzie słońca. Zapewne przy okazji wybiorę się kolejny raz do jaskiń.
Po dojechaniu na camping Vestrahorn okazało się, że jestem w jedynym miejscu na Islandii, gdzie aktualnie panuje brzydka pogoda. Byłem nieco załamany, ale prognozy były optymistyczne, od 2:00 miało być już ładnie, więc postanowiłem położyć się spać na kilka godzin. Budzik zadzwonił szybko i ruszyłem na polowanie zorzy polarnej, która faktycznie była, ale daleka od moich oczekiwań. Mimo wszystko byłem zadowolony, gdyż zrobiłem świetny rekonesans przed porankiem, który okazał się być warunkiem wyjazdu! Położyłem się spać na dwie godziny i niechętnie wyszedłem ze śpiwora, gdy zadzwonił budzik (ponownie). Jednak to co zobaczyłem wprawiło mnie w osłupienie! To był poranek wręcz idealny, udało mi się zrobić wiele ciekawych zdjęć i jestem zachwycony z efektu. Odczarowałem też Stokksnes! Gdy byłem tam latem 2024 roku, pogoda była fatalna. Silny wiatr, zachmurzenie i ja śpiący w namiocie dachowym. Byłem zniechęcony, ale już wiem jak piękne to miejsce. Po poranku postanowiłem skorzystać z dobrodziejstwa campingu i wziąć gorący prysznic. Tak bardzo go potrzebowałem, że zwlekałem z wyjściem spod strumieni wody. Na szczęście o 10:00 nikt normalny się nie kąpie, więc nie musiałem się spieszyć. Zjadłem śniadanie, zakupiłem gorącą czekoladę i delektowałem się chwilą, zapamiętam ją do końca życia, było fantastycznie. W drogę do Vik ruszyłem dość zmęczony, a w rejonie zatoki Jokulsarlon postanowiłem zjechać na parking i zdrzemnąć się. Zasnąłem jak dziecko i obudziłem się dopiero po 1,5h! To było mi jednak bardzo potrzebne, gdyż dalsza jazda byłaby niebezpieczna, a dzięki drzemce tak naładowałem baterie, że fotografowałem do 2:00 kolejnego dnia, a warunki były fantastyczne! Zachód słońca postanowiłem oglądać z Dyrhólaey. Może nie ma tam topowych, islandzkich spotów fotograficznych, ale chciałem mieć te kadry w swoim portfolio. Na niebieską godzinę udałem się na plażę Reynisfjara, gdzie warunki były kosmiczne! A najlepsze właśnie na Dyrhólaey, gdzie wykonałem tego dnia najlepsze zdjęcie. Jeżeli myślisz, że to koniec emocji, to bardzo się mylisz. Zorzę polarną chciałem złapać na Reynisfjarze, co ogólnie jest bardzo trudne. Tamtego dnia było jednak niemożliwe, ze względu na pełnię, księżyc górował idealnie nad formacjami skalnymi. Pojechałem więc nad wodospad Skogafoss, gdzie też spędziłem noc. Był to fantastyczny wybór, bowiem zobaczyłem najpiękniejszą zorzę mojego życia! Cóż to był za spektakl! Do dziś zbieram szczękę z podłogi, a o takich zdjęciach marzyłem. Z aparatem biegałem do 2:00, a potem padłem ze zmęczenia. Nie miałem czasu na długą regenerację, gdyż o 6:00 ponownie zadzwonił mój budzik…
Na swój przedostatni wschód słońca wróciłem na Reynisfjarę, od zawsze marzyłem o sfotografowaniu go. Jednak byłem nieco rozczarowany, gdyż pogoda była zbyt idealna. Brzmi to zabawnie, bowiem ta plaża jest jednym z najbardziej niebezpiecznych miejsc Islandii, a Atlantyk jest tam wyjątkowo wściekły. Jednak nie tym razem, pierwszy raz widziałem go w tak spokojnej odsłonie, co nie było dla mnie zaletą. Zabrakło także chmur, ogólnie wszystkiego, aby zrobić przepiękne zdjęcia. Plener oczywiście nie był zły, gdyż wykonałem poprawne fotografie, ale daleko im do tych spektakularnych. Kolory były piękne, ale zabrakło chmur i tej otoczki niebezpieczeństwa. Szczerze przyznam, że udało mi się zrobić tam lepsze zdjęcia w ciągu dnia, podczas wycieczek dla Portalu. Na pewno wrócę na wschód słońca, w sumie za to lubię fotografię – dzięki niej mam tę motywację, aby wracać, gdyż zawsze są inne warunki. Po spakowaniu sprzętu udałem się jeszcze na Dyrhólaey, aby wykonać kilka zdjęć o poranku do e-booka. Od tego momentu czekała na mnie długa podróż do kolejnego punktu, a następnie na półwysep Snæfellsnes. Około pięć godzin jazdy minęło sprawnie i stanąłem oko w oko z moją ukochaną górą – Kirkjufell. To był ostatni dobry plener na wyjeździe, ale naprawdę warunki dopisały. Przegrał on tylko ze Stokksnes, ale tamten poranek był niczym jeden na milion. Pięknie było już o zachodzie słońca, ale to niebieska godzina skradła show, a także zorza polarna. Biegałem po okolicy jak szalony ze statywem, dzięki czemu udało mi się wykonać dużo kadrów. Na zorzę musiałem jednak trochę poczekać i tutaj przydało się auto z łóżkiem. Poszedłem spać i nastawiłem budzik co 30 minut, była to świetna decyzja, gdyż dopiero po 2h pokazała się zorza! Wyskoczyłem z auta, sprzęt miałem gotowy i zrobiłem naprawdę fajne zdjęcia. Jestem bardzo zadowolony z tego pleneru.
Ostatni poranek okazał się mało łaskawy pod kątem pogody, było po prostu brzydko. Pojechałem na drugą stronę półwyspu, aby przywitać tam dzień, ale padało i było pochmurno. Jak to, że lot miałem późno, postanowiłem pojechać już do Reykjaviku, stanąć na parkingu, odespać i trochę popracować. Tak też zrobiłem, a czas minął mi wyjątkowo szybko i miło. Wróciłem do domu zanim się obejrzałem. Decyzja o przebukowaniu biletów była jedyną słuszną, bardzo się cieszę. W takiej Islandii mogę się zakochać i jeździć na nią często, jednak wiem, że jej prawdziwa twarz bywa bardzo brutalna, wszakże tego doświadczyłem latem 2024 roku.
