Mariusz Grefkowicz

Picos de Europa i Kraj Basków - urlop na północy Hiszpanii

Bardzo dużo podróżuję, ale z racji zawodu, znaczną część moich wyjazdów stanowią takie, które prowadzę jako przewodnik. Wtedy są to cele, o które proszą moi podopieczni jako wycieczki szyte na miarę lub kierunki ze stałej oferty Portalu Tatrzańskiego. Tymczasem, gdy zbliża się czas decydowania o prywatnym urlopie, stoję przed nie lada wyzwaniem, ponieważ posiadam całą listę miejsc, które chcę odwiedzić. Nie inaczej było i tym razem – wiele rozmów, rozważania różnych kierunków, aż w końcu wybór padł na północ Hiszpanii i tamtejsze pasmo górskie o nazwie Picos de Europa.

Nie jest to tak znane pasmo jak moje ukochane Dolomity, gdzie rodaków można spotkać na każdym kroku. Większość osób słysząc o celu tej podróży dziwiła się, że takie miejsce w ogóle istnieje. Chęć zobaczenia czegoś nowego zwyciężyła i kupiłem bilety lotnicze do Madrytu. Wycieczkę trekkingową postanowiłem połączyć ze zwiedzaniem Kraju Basków i pustyni Bardenas Reales, ponieważ te cele były także na mojej liście „to do”.

Madryt, mimo późnej pory lądowania, powitał mnie upalną pogodą, a szybki odbiór samochodu przez automat do wydawania kluczy, stał się drogą przez mękę. Niestety akurat wtedy nastąpiła awaria i nawet pracownik wypożyczalni miał trudności z wyjęciem akurat mojego kluczyka ze skrytki. Po długich przeprawach udało się jednak otrzymać auto i na styk z godziną zamknięcia sklepu zrobić zakupy. Następnie ruszyłem w drogę do mojego pierwszego celu – Bardenas Reales.

Z uwagi na moje zamiłowanie do fotografii, na te okolice przeznaczyłem 3 dni, aby mieć szansę na złapanie najlepszych warunków pogodowych podczas złotej godziny. Upał na pustyni był tak dotkliwy, że tak naprawdę dopiero warunki w „godzinach fotograficznych” pozwalały na swobodne jej zwiedzanie bez wcierania w skórę olbrzymich ilości kremu SPF i noszenia przy sobie butelek pełnych wody. Zobaczenie na własne oczy Castildetierra – najpopularniejszej formacji skalnej tej pustyni, a także całego klimatu miejsca niczym scenografia filmu “Winnetou” – pozwoliło na chwilę wrócić wspomnieniami do styczniowego pobytu na pustyni Atacama w północnym Chile. Aby wykorzystać czas w trakcie dnia, gdzie tylko klimatyzowane pomieszczenia dawały ulgę w upale, wybrałem się jeszcze zobaczyć pobliską Saragossę i tamtejsze akwarium rzeczne.

Z Bardenas Reales ruszyłem w kierunku Kraju Basków. Odwiedziłem Pampelunę ze słynnym Plaza de Toros, czyli areną walki byków. To miejsce przeniosło mnie w czasy dzieciństwa, kiedy w Teleexpresie prowadzący relacjonował tę hiszpańską imprezę. Móc zobaczyć miejsca, o których kiedyś się tylko słyszało i wtedy wydawały się nieosiągalnymi, tylko dla wybranych – coś pięknego! Zwiedziłem także przejazdem Zumaię z plażą Itzurun i jej słynnymi skałami fliszowymi. Dzień zakończyłem w cudownym miejscu noclegowym w pobliżu Gaztelugatxe ze słynnym punktem widokowym Mirador San Juan Gaztelugatxe.

Kolejny dzień to przejazd w kierunku gór z przystankiem w stolicy Kraju Basków. Jestem człowiekiem natury, więc zwiedzanie miast nie jest dla mnie pierwszym wyborem, ale Bilbao ma w sobie to „coś” i z chęcią tam wrócę, aby znowu skosztować sernika baskijskiego. Zwłaszcza, że pojawiło się bezpośrednie połączenie lotnicze z Krakowem. Przypadek? Nie sądzę! Wieczorem dotarłem do Espinamy, aby w końcu rozpocząć górską część wyjazdu. Już sam wjazd samochodem w kręte drogi wąwozów robił niesamowite wrażenie i sprawił, że wiedziałem, że pomysł na ten urlop to strzał w dziesiątkę – prognozy pogody zapowiadały się przednie.

Pierwszego dnia pobytu w Picos de Europa postanowiłem odwiedzić Refugio Jermoso. Razem z Refugio Vega de Urriellu są to dwa najpopularniejsze miejsca, zatem przeżyłem niemałe zaskoczenie widząc na szlaku pojedyncze osoby. Picos de Europa są wapiennym pasmem i o ile w Polsce, gdy jakiś szczyt jest zbudowany z wapieni, to ten wapień jest wyślizgany przez setki tysięcy turystów, tam skały nadal są szorstkie i buty się na nich nie ślizgają! To jest najlepszy dowód na to, że rzeczywiście nie ma tam tłumów.

Kolejnym celem było właśnie Refugio Vega de Urriellu i pierwszy nocleg w górskim schronisku. Trekking wiódł początkowo asfaltem w dół od miasteczka i parkingu, potem drogą szutrową, następnie sielską ścieżką z rozległymi, zielonymi łąkami, na których pasły się krowy i osiołki. Dopiero za połową dystansu szlak przemienił się w taki, o górskim charakterze, ale nadal nie występowały tam żadne trudności – trasa dla każdego wprawionego w marszu turysty. Pod koniec moim oczom ukazała się olbrzymia ściana Picu Urriellu – charakterystycznego szczytu regionu, z bliska zrobiła olbrzymie wrażenie.

Pierwszy nocleg w schronisku to także zapoznanie się z tutejszymi zasadami, zupełnie dla mnie nowymi, chociaż już w wielu schroniskach Europy było dane mi spać. Najpierw meldunek i informacja o obowiązku zmiany obuwia przed wejściem (nie do części sypialnej, ale w ogóle do schroniska). Byłem na to nastawiony, ale dla osób bez obuwia zamiennego są przygotowane gumowe klapki. Następnie otrzymałem klucz do metalowej szafki, w której należy przechowywać swoje rzeczy, ponieważ obowiązuje zakaz wnoszenia plecaków i innych przedmiotów do sypialni. To, co bardzo mi się spodobało, to przydzielanie miejsc przez obsługę – pozwala to uniknąć wyścigów i okupowania miejsc do spania – panuje ład i porządek. Największe zaskoczenie? Konieczność rezerwacji posiłków! Obiad można było zarezerwować od razu z miejscem noclegowym kilka miesięcy wcześnie, czego oczywiście nie uczyniłem, natomiast na miejscu okazało się, że nie ma opcji zjedzenia dania obiadowego przez osoby „z ulicy”, czyli tutaj “ze szlaku”. Obiadokolacja w schroniskach jest wydawana dla wszystkich nocujących osób o jednej godzinie – zazwyczaj o 19:00 i wszyscy jedzą to samo danie wspólnie w jadalni. Tutaj też panuje porządek – obsługa wskazuje miejsca wszystkim turystom, a przed obiadem nie ma możliwości tam wejść. 

Ale już koniec z tymi sprawami organizacyjnymi – przejdźmy do samego miejsca! Schronisko położone jest pod samą ścianą Picu Urriellu, a rozpościerające się spod niego widoki nie mają sobie równych. Doszedłem na miejsce we wczesnych godzinach popołudniowych, więc do obiadokolacji miałem kilka godzin na odpoczynek w promieniach słońca i zabawy aparatem – inwersja tego dnia była zacna, więc nie musiałem czekać do złotej godziny na piękne zdjęcia!

Wraz z obiadokolacją i zachodem słońca, jeden po drugim wszyscy turyści szli do sypialni i z zapadnięciem zmroku zasypiali, aby kolejnego dnia wstać z samego rana na śniadanie przygotowywane przez obsługę schroniska. Poranek kolejnego dnia był magiczny. Nie tylko pod względem fotografii dla mnie, ale dla wszystkich osób ze schroniska – jak okiem sięgnąć wszędzie pasły się kozice, takich ilości nigdy wcześniej nie widziałem. Po godzinie 8, gdy pierwsi turyści przybyli do schroniska, kozice zaczęły się chować i już niestety nie mogłem cieszyć się ich widokiem. Na ten dzień miałem jedynie zaplanowane zejście i przejazd do Las Arenas de Cabrales, dlatego nie spieszyłem się – długo jeszcze rozkoszowałem się widokami i powolnym krokiem z aparatem w dłoni ruszyłem drogą powrotną do samochodu.

Kolejny etap eksploracji Picos de Europa zakładał zrobienie pętli z noclegami w schroniskach, które musiałem zarezerwować kilka miesięcy wcześniej. Moja trasa, którą planowałem zrobić to: Poncebos – Refugio de Ario – Refugio Vegarredonda – Refugio Vegabaño – Cain de Valdeon – Poncebos. 

Z plecakiem na plecach z zapakowanym śpiworem, minimalistycznym wyposażeniem osobistym na 5 dni, apteczką, przekąskami i olbrzymimi ilościami wody wyruszyłem na szlak z samego rana, aby pierwszy etap przejść w możliwie niższej temperaturze. O nią jednak nawet od rana w Hiszpanii trudno, więc nieustannie smarowałem się kremem z filtrem i piłem wodę – obydwie czynności z taką samą częstotliwością. Ciężar na plecach, wysoka temperatura, bardzo strome podejście – każdy krok zdawał się być walką z samym sobą i upałem. Bez względu na płeć i wiek, każdy tak samo się męczył, a im bliżej byłem schroniska, tym bardziej wyobrażałem sobie zimny prysznic. Marzenie to się niestety nie ziściło… z uwagi na suszę, prysznic był nieczynny. Musiałem się zadowolić “kąpielą” mokrymi chusteczkami. Nauczony poprzednimi wyprawami wiem, że zawsze należy mieć ich zapas przy sobie. Schroniska na tej pętli są bardzo małe, zaledwie kilkadziesiąt miejsc noclegowych i ta sama zasada co poprzednio – wspólna kolacja wieczorem dla wszystkich. W trakcie pierwszego posiłku zapoznawałem się z resztą osób, ale kolejne dni i wieczorne kolacje mijały już w familijnej atmosferze, z uwagi na kameralność tych miejsc i małą ilość turystów. Na szlakach tak naprawdę spotykałem prawie tylko osoby, z którymi potem spałem w schroniskach. Są one bardzo surowe i minimalistyczne, w niektórych nie ma nawet toalety, a prysznic jest marzeniem. Elektryczność nie jest doprowadzona, a energię dostarczają panele solarne, więc tak naprawdę wraz z zapadnięciem zmroku wszyscy zasypiają. Po 2 dobach organizm sam zaczynał funkcjonować w zgodzie z rytmem dobowym, niesamowite doświadczenie. Oczywiście o dostępie do wi-fi w schronisku nie było mowy.

Przymusowe oderwanie się od udogodnień tego świata jest czasem błogosławieństwem, pozwala naprawdę na bycie “tu i teraz”, nie tylko jako chwytliwy slogan. Moim ulubieńcem zostało schronisko Ario – będę z sentymentem je wspominał. Im bliżej powrotu z wyprawy, tym większy smutek odczuwałem, a przemierzając z powrotem wąwóz Ruta del Cares – pocztówkowe miejsce Picos de Europa, dostępne w formie wycieczki jednodniowej, z żalem myślałem o upływającym czasie i zbliżającym się powrocie do Polski. 

Podsumowując mój czas w paśmie Picos de Europa – jestem pod wrażeniem, że mogą być góry tak puste i dające pobyć tak naprawdę w przyrodzie i z samym sobą, bez gwaru na szlaku, z możliwością skupienia się na ciszy, zwierzętach, własnych myślach, dźwiękach dzwonków zawieszonych na szyjach krów. Pogoda mi bardzo sprzyjała, tylko jeden dzień miałem z opadami deszczu, więc mogłem rozkoszować się widokami i plenerami fotograficznymi. Jechałem tutaj na urlop myśląc o tym miejscu raczej jednorazowo, ale już w głowie mam pomysł na wycieczkę dla Portalu Tatrzańskiego. A prywatnie tak pokochałem ten rejon Europy, że nie wykluczam kolejnego urlopu w tych okolicach. Północ Hiszpanii zdecydowanie ma wiele do zaoferowania!

Scroll to Top