Zorganizowany wyjazd do Patagonii. Relacja z trekkingu
Początek roku był dla mnie wyjątkowo pracowity. Już w pierwszych dniach stycznia udałem się z grupą, w ramach wyjazdu zorganizowanego przez Portal Tatrzański, do Patagonii. Naszym celem było odwiedzenie dwóch parków narodowych – po stronie argentyńskiej Los Glaciares, a po stronie chilijskiej Torres del Paine. To absolutnie jedne z najpiękniejszych miejsc, których nie możesz pominąć, jeśli wybierasz się w tę stronę świata.
Aby dostać się do serca Patagonii, a w naszym przypadku do Punta Arenas, musisz wykazać się cierpliwością. Sam lot do Santiago de Chile, z przesiadkami, to niemal doba podróży. Krótka przerwa w mieście, kolejne ponad trzy godziny w powietrzu, potem sześć godzin samochodem – i dopiero po trzech dniach byliśmy na miejscu. Taka podróż wzmaga apetyt, bo człowiek jest naprawdę głodny widoków i nie może doczekać się trekkingów.
Od roku 2027 Portal Tatrzański wprowadził lekką modyfikację w ofercie – loty będą odbywać się do Buenos Aires, a następnie do El Calafate. Co prawda nie przyspieszy to samego zwiedzania, ale pozwoli uniknąć długich przesiadek oraz uciążliwego dojazdu samochodem. Dlaczego więc w tym roku zdecydowałem się na wersję przez Chile? Było to podyktowane dodatkowym zwiedzaniem cieśniny Magellana.
Przystanek 1: Lodowiec Perito Moreno
Po dojechaniu do El Calafate oficjalnie mogliśmy przywitać się z rejonem naszych działań. Już kolejnego dnia czekała na nas wycieczka do lodowca Perito Moreno – miejsca absolutnie topowego w skali świata.
To właśnie tutaj ogromne bryły lodu odrywają się od 70-metrowej ściany lodowca i z hukiem wpadają do jeziora Argentino. Dźwięki są jednocześnie przerażające i hipnotyzujące – człowiek stoi i czeka na kolejny spektakl natury, jakby oglądał coś, co nigdy się nie powtarza, a jednak trwa bez końca.
Aby mieć względny komfort zwiedzania, rozpoczęliśmy dzień jako pierwsi turyści – ustawiając się przy bramkach wjazdowych około dwadzieścia minut przed otwarciem. Warto tak zaplanować swój dzień, bo komfort oglądania tego miejsca bez tłumów jest czymś, czego nie da się przecenić. A Perito Moreno, co absolutnie nie dziwi, jest wyjątkowo popularne.
Na trasach trekkingowych spędziliśmy kilka godzin i zrobiliśmy ponad 10 kilometrów. Na mapie może nie wygląda to imponująco, ale jeśli chcesz zajrzeć w każdy punkt widokowy – w zasadzie wyjdzie naprawdę solidny trekking, którego tak bardzo potrzebowaliśmy.
W dalszej części dnia zdecydowaliśmy się na rejs łodzią pod ścianę czołową lodowca. To był strzał w dziesiątkę. Zobaczyć Perito Moreno z poziomu tafli wody to absolutny must do. Dopiero stamtąd widać jego prawdziwą potęgę – 70 metrów lodu ponad poziom wody robi ogromne wrażenie. Przy odrobinie szczęścia można być świadkiem momentu, gdy wielka bryła lodu odrywa się i wpada do jeziora.
Czy jest to bezpieczne? Nie ma się czego obawiać – obsługa statku zna teren doskonale, podpływa blisko, ale nadal przy zachowaniu wszelkich standardów bezpieczeństwa. Sam rejs trwa około godziny i zdecydowanie warto mieć go w swoim podróżniczym portfolio.
Po wszystkim czekał nas obiad w El Calafate i długa droga do El Chaltén. Do miasteczka u podnóży Fitz Roya dotarliśmy późnym popołudniem.
Przystanek 2: El Chaltén i Fitz Roy
El Chaltén to argentyńska stolica trekkingu, położona u stóp legendarnego Fitz Roya i Cerro Torre. To szczyty, o których słyszał chyba każdy miłośnik gór. Ich pionowe, ogromne ściany były marzeniem wspinaczy od dekad. I mimo ogromnego rozwoju wspinaczki, wciąż pozostają wyzwaniem dostępnym tylko dla nielicznych. Co czyni je tak trudnymi? Przede wszystkim długość i trudności techniczne. Po drugie – pogoda. A ta w Patagonii potrafi być bezlitosna. Aby zdobyć choć jedną z tych ścian, potrzebne jest solidne okno pogodowe – a o to tutaj naprawdę trudno. Nawet gdy w mieście jest pięknie, na szczycie Fitz Roya może padać śnieg, a wiatr przekraczać 100 km/h. To tutaj norma.
My oczywiście nie wybieraliśmy się na wspinanie, ale mimo to pogoda nie była dla nas łaskawa. Aby zobaczyć te legendarne szczyty, musieliśmy czekać aż dwa dni od przyjazdu. Tak – dwa pełne dni. Nie oznacza to jednak bezczynności. W tym czasie chodziliśmy po okolicznych trasach i odwiedziliśmy Lagunę Torre. Najlepsza pogoda przyszła trzeciego dnia – było po prostu idealnie. Dlatego postanowiłem zrobić grupie niespodziankę. Wyszliśmy z hostelu o 2 w nocy, aby zdążyć na wschód słońca nad Laguną de los Tres. To był strzał w dziesiątkę. Warunki były perfekcyjne, a widok Fitz Roya o świcie to coś, co trudno opisać – wysiłek przestaje mieć znaczenie, gdy stoisz i patrzysz na tę ścianę w pierwszym świetle dnia. To był jednak dopiero początek. Po zejściu z moreny i powrocie na łącznik szlaków ruszyliśmy pod Cerro Torre, które w końcu ukazało się w pełnej krasie. Wtedy wiedziałem już jedno – misja El Chaltén zakończona sukcesem.
Został nam jeszcze jeden dzień. Ostatni trekking to Loma del Pliegue Tumbado – mój ulubiony w tym rejonie. Długi, wymagający, z konkretnym przewyższeniem. Po niemal 39 kilometrach dnia wcześniejszego był jeszcze większym wyzwaniem. Pogoda była typowo patagońska – od pięknych widoków i chmur soczewkowych, po silny wiatr i pełne zachmurzenie. Na szczycie padał śnieg niesiony przez wiatr z wyższych partii gór. To było idealne zakończenie pobytu w Argentynie.
Cztery dni w El Chaltén minęły szybko. Było bardzo dobrze – choć mogło być jeszcze lepiej. Zabrakło jednego naprawdę pięknego dnia, żeby mówić o 200% satysfakcji. Ale 120% radości to i tak bardzo dobry wynik jak na Patagonię. Wiem, że dużo wymagam – od siebie i od pogody. Taki mam charakter.
Przystanek 3: Torres del Paine
Kolejnego dnia ruszyliśmy w długą drogę do Chile. Przejazd z El Chaltén nad jezioro Pehoé, gdzie nocowaliśmy, to niemal siedem godzin jazdy. Droga długa, ale piękna.
Naszą bazą był camping Pehoé. Pierwszą noc spędziliśmy w namiotach, kolejne – w glampingu. Jeśli wybierasz się do Torres del Paine, zdecydowanie warto nocować na terenie parku. Dojazdy z miasta są długie, a klimat tego miejsca, gdy większość turystów już wyjedzie, jest absolutnie wyjątkowy. Na drzewach można zobaczyć sowy, pod same namioty podchodzą karakary czubate – przyroda żyje własnym rytmem. Czujesz, że jesteś w samym sercu dzikiej natury.
Baza noclegowa jest tu skromna, a hotele bardzo drogie, dlatego camping Pehoé to najlepszy wybór, szczególnie że położony jest w jednym z najpiękniejszych miejsc, z widokiem na Cuernos del Paine.
Dlaczego nie robiliśmy pełnego trekkingu W lub O? Wiem, że są popularne, ale moja filozofia prowadzenia wyjazdów jest inna. Nie chodzi o to, żeby robić to, co wszyscy, tylko to, co daje najlepsze widoki w stosunku do czasu. Oba trekkingi są świetne, ale najpiękniejsze panoramy Torres del Paine znajdują się po drugiej stronie jezior – tam, gdzie mieliśmy bazę. Zrobiliśmy dwa kluczowe odcinki W: Dolinę Francuską i Mirador Base Torres. To absolutne must do. Resztę czasu poświęciliśmy na miejsca, które moim zdaniem oferują jeszcze więcej. Odwiedziliśmy lodowiec Grey, Mirador Condor i Mirador Cuernos. To trzy niezależne trekkingi (samochód jest niezbędny), które oferują jedne z najlepszych widoków w całym parku. To oczywiście mój punkt widzenia.
Pogoda w Torres del Paine była dla nas wręcz idealna. Słonecznie, bezwietrznie – aż trudno uwierzyć, że to Patagonia. Jej chilijska część zwykle jest mniej stabilna pogodowo niż El Chaltén, a u nas było dokładnie odwrotnie. Wschody i zachody słońca, trekkingi w doskonałych warunkach – wszystko zagrało.
Przystanek 4: Cieśnina Magellana
Ostatnim punktem naszej wyprawy było Punta Arenas oraz rejs na wyspy Marta i Magdalena. Tam mogliśmy podziwiać pingwiny i lwy morskie.
To było niesamowite przeżycie. Przyroda w tym miejscu jest surowa, dzika, kształtowana przez chłodny klimat i silne wiatry. Tym razem jednak pogoda była po naszej stronie – słonecznie i spokojnie. Dzięki temu rejs był w pełni komfortowy, a my mogliśmy skupić się wyłącznie na obserwacji zwierząt. W drodze powrotnej było tak pięknie, że można było wyjść na górny pokład i po prostu chłonąć przestrzeń dookoła.
Podsumowanie
I tak minęły nam dwa tygodnie w Patagonii.
Wyjazd był niesamowicie udany i jednocześnie otworzył oficjalną ofertę Portalu Tatrzańskiego na „koniec świata”. Na styczeń 2027 wszystkie miejsca są już wyprzedane, ale warto obserwować Portal – na pewno pojawią się kolejne terminy. Program jest wyjątkowo atrakcyjny i dopracowany, co gwarantuje niesamowite przeżycia i czerpanie Patagonii w pełni.
Na koniec chcę podziękować mojej grupie – za zaufanie, świetną współpracę i wspólne przeżycia, które zostaną z nami na zawsze.
