Mariusz Grefkowicz

Cz. 1: Wyjazd na zorzę polarną na Islandię 7-14.03.2025

Drugi tydzień marca spędziłem na Islandii. Był to wyjątkowo owocny czas, który składał się z dwóch odrębnych wyjazdów. Najpierw w dniach 7-10 marca prowadziłem wycieczkę dla Portalu Tatrzańskiego, a następne cztery dni samotnie fotografowałem krajobraz. Wpis dzielę na dwie części i teraz skupiam się na tym, co robiliśmy w ramach wycieczki zorganizowanej przez Portal.

Pogoda na Islandii w tym okresie była fantastyczna, więc nie mogłem doczekać się wylotu. Rzadko zdarza się, aby w tej części świata było bezchmurnie, słonecznie i co najdziwniejsze bezwietrznie. Szczególnie to ostatnie wzbudziło moje zadowolenie, gdyż z lekkim bólem wspominam swój trzytygodniowy, letni pobyt na wyspie. Wiatr wtedy dał się tak we znaki, że pierwszy raz w życiu, pod koniec wyjazdu marzyłem, aby ten już się skończył. W końcu każdy ma swój limit wytrzymałości. 

Z grupą spotkałem się jeszcze na lotnisku w Katowicach. Wiedziałem, że będzie to bardzo miły pobyt, nie tylko ze względu na pogodę. W końcu pięć z ośmiu osób znałem już z licznych, wcześniejszych wyjazdów. Jak zawsze, tak i teraz cała ekipa okazała się bardzo zgrana i fajna. Muszę przyznać, że w pracy przewodnickiej mam duże szczęście i ciężkie wyjazdy mogę policzyć na palcach jednej ręki. Biorąc pod uwagę, że zajmuję się turystyką od dekady, to jest to naprawdę imponujący wynik.

Pierwszy dzień minął nam na transferze na Islandię, a następnie do hotelu w Selfoss. Gdy dotarliśmy do swoich pokoi było już po 22, więc wszyscy udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Zwiedzanie rozpoczęliśmy w Dzień Kobiet od życzeń dla naszych najlepszych Pań, a następnie udaliśmy się na Golden Circle. To była klasyczna wycieczka po najpiękniejszych miejscach Złotego Kręgu. Odwiedziliśmy chociażby wodospad Gullfoss, gejzer Strokkur czy Park Narodowy Thingvellir, gdzie podziwialiśmy miejsce gdzie powstawały pierwsze struktury państwa islandzkiego. W ten sam rejon wróciliśmy także na polowanie na zorzę polarną, które było wyjątkowo owocne! Niebo cały czas było bezchmurne, a aplikacje oceniające szanse na zobaczenie zorzy wybuchły do 95%, nigdy wcześniej nie widziałem takiego wyniku. Około 22:30 rozpoczął się niesamowity spektakl, aby go podziwiać nie szukaliśmy dalej i zatrzymaliśmy się wzdłuż drogi. To była dobra decyzja, gdyż zorza zaczęła tańczyć nad naszymi głowami. Było to świetnym przeżyciem, gdyż wszyscy mogliśmy oglądać ją idealnie widoczną gołym okiem, co nie zawsze jest takie oczywiste. Całość trwała około dwadzieścia minut i następnie udaliśmy się na dalsze polowanie w stronę wodospadu Gullfoss. Po drodze oglądaliśmy niesamowite tańce na niebie. Około północy cały spektakl się skończył i udaliśmy się do hotelu, w końcu kolejnego dnia czekała na nas prawdziwa gratka, wycieczka na Diamond Beach!

Nasz ostatni, pełny dzień na Islandii rozpoczęliśmy o 8:30. Zanim dojechaliśmy do zatoki lodowcowej Jokulsarlon, zwiedziliśmy takie miejsca jak wodospad Seljalandsfoss, Skogafoss oraz czarną plażę Reynisfjara. Następnie czekało nas 2,5h w aucie, zanim dojechaliśmy do dania głównego, czyli Diamond Beach. I tutaj niestety nastąpiło małe rozczarowanie, diamentów nie było zbyt wiele. Widać było jeszcze efekt po niedawnych sztormach, mimo wszystko sama zatoka nie rozczarowała i zachwyciła nas swoim pięknem. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze przy lodowcu Svínafellsjökull, który jest jednym z moich ulubionych miejsc na tej trasie. To był dzień naprawdę cudownych widoków! Zorza polarnatej nocy nie dopisała, gdyż wzrosło zachmurzenie. Jednak nikomu to nie przeszkadzało, gdyż spektakl dnia wcześniejszego był wyjątkowy, a po tak intensywnych dwóch dniach – byliśmy naprawdę zmęczeni.

Wylot do Polski zaplanowany był dopiero na 20:20, dlatego nie mogłem pozwolić, aby moja grupa się nudziła. Zwiedziliśmy obszar geotermalny w drodze do Reykjaviku, a następnie ustaliliśmy chwilę wolnego czasu w stolicy. Całość dopełniliśmy zwiedzaniem półwyspu Reykjanes. I tak minęły nam wspólne chwile na Islandii, jednak nie był to koniec wycieczki dla mnie, gdyż od tego momentu rozpoczął się mój solowy trip, ale o tym opowiem Wam w kolejnej części.

Scroll to Top