Islandzki Interior z Portalem Tatrzańskim - relacja z wyjazdu
Islandia jest krajem, który wzbudza we mnie wyjątkowo skrajne emocje. Czasem ją kocham i uważam za najpiękniejsze miejsce na świecie, czasami jednak marzę, aby ją jak najszybciej opuścić. To kraina, która przy dobrej pogodzie wygląda jak z bajki, jakbym śnił i nie chciał się z tego snu wybudzić i wrócić do normalnego życia, bo przecież świat nie może być aż tak cudowny. Jednak znam też jej drugą stronę – wietrzną, zimną, groźną, nie dającą się zregenerować, a czasem i przejść kilku kroków. Nie ma się więc co dziwić, że wycieczka którą prowadziłem dla Portalu Tatrzańskiego była dla mnie dużą zagadką. Zastanawiałem się jaką wersję Islandii spotkam tym razem – romantyczną czy brutalną?
Aktualny sezon jest dla mnie bardzo łaskawy, gdyż byłem na wyspie w terminie 7-14 marca i pogoda była wyśmienita! Codziennie dużo słońca, cudowne widoki, a wieczorami zorza polarna – najlepsza w moim życiu. Było tak pięknie, że spontanicznie przedłużyłem swój pobyt i po wycieczce zostałem sam, aby fotografować ten majestat. Mimo wszystko pamiętam też brutalne lato 2024 roku, najbrzydsze od 40 lat! Oj, żaden wyjazd mnie tak nie zmęczył. Był to rekonesans dla Portalu, na którym przygotowywałem program tej wycieczki. Zawsze jestem z Wami szczery, będę i tym razem – to był pierwszy i na razie ostatni raz, gdy miałem tak wielki kryzys, że na trzy dni przed naszym lotem powrotnym, patrzyłem z zazdrością na samoloty wywożące turystów z tego piekła. Dlatego też pogoda na mój kolejny wyjazd była dla mnie kluczowym czynnikiem. I wiecie co? Nie zawiodłem się, było fantastycznie i znów mogłem zakochać się w Islandii! Nie spodziewałem się, że kraina lodu i ognia może latem tak wyglądać – przez połowę wycieczki chodziliśmy w krótkich spodenkach, bywały momenty bezchmurne, a brzydki był tylko jeden dzień. I to jeszcze ten dla nas najmniej ważny, bo tranzytowy. Czy mogłoby być lepiej? No nie! Absolutnie nie! Na tej wycieczce był ze mną uczestnik, który dwa tygodnie wcześniej chodził ze mną po via ferratach w Dolomitach i sam przyznał, że Islandia nie dość, że była lepsza pogodowo, bardziej słoneczna, to jeszcze cieplejsza. Nie, to nie żart – także to potwierdzam.
Więc jak już widzisz, to był bardzo udany wyjazd! Pogoda na Islandii to klucz do sukcesu, choć nie ukrywam, że lubię też jej moody wydanie. Jedyne co jest w tej wyspie przerażającego, to niesamowicie mocny i zimny wiatr, który potrafi odebrać chęć do życia. Jednak nie tym razem, moja grupa w zasadzie nie zaznała nawet 5% mocy islandzkiego wiatru. Dobrze, już przechodzę do opisu naszych zmagań dzień po dniu, dodam jednak tylko, że tym wstępem nie chcę Cię zniechęcić do Islandii, wręcz przeciwnie. To kraj warty wydania każdej zaoszczędzonej złotówki, jednak na tej wyspie trzeba nauczyć się czerpać radość z każdej sytuacji, być przygotowanym na nutkę cierpienia i najlepiej przyjechać bez żadnych oczekiwań. To chyba moja najważniejsza rada – po prostu niczego nie oczekuj, a wtedy będziesz wyjątkowo zachwycony. Wiem, że do tej krainy wrócę jeszcze wielokrotnie, choć chciałbym ją widywać głównie w tegorocznym wydaniu, ale nie ja o tym decyduję. Ok, przechodzimy do meritum!
Nasz wyjazd można było podzielić na trzy bloki tematyczne: a) Vik, Vatnajokull oraz okolice, b) Thorsmork oraz c) góry tęczowe. Tak też podzielę ten wpis, więc zaczynamy!
Urokliwy Vik oraz wycieczka pośród islandzkich lodowców
Portal Tatrzański rozpoczął swoją wycieczkę od przejazdu do Vik, który stanowił przez dwa dni naszą bazę wypadową. To wyjątkowo urokliwe miasteczko, położone w centralnej części południa wyspy. Jednak o nocleg tam wyjątkowo ciężko – obiektów nie ma zbyt wielu, dlatego turyści najczęściej wybierają camping. Nam na szczęście udało znaleźć się idealne i bardzo komfortowe rozwiązanie w jednym z guesthousów. To było dla mnie bardzo ważne, gdyż regeneracja jest wyjątkowo ważnym elementem udanego wyjazdu, a to był przecież dopiero początek. Vik to świetna baza wypadowa w rejon lodowca Vatnajokull, gdzie mieliśmy zaplanowany trekking na Kristinartindar.
To niewysoki, mierzący 1126 metrów wierzchołek, który wygląda bardzo niepozornie, jednak jest jedną z najlepszych wycieczek trekkingowych całej Islandii! Nasza grupa przeszła pętlę, zaplanowaną w taki sposób, aby spektakularne widoki zostawić na sam koniec. I to był strzał w dziesiątkę! Poza tym dopisała także pogoda – było bardzo, bardzo ciepło! Patrząc na prognozy zaleciłem zabranie krótkich spodenek do plecaków, jednak nie spodziewałem się, że ubierzemy je już po 20 minutach marszu, szczególnie że zegarek nie wskazywał jeszcze ósmej rano. To był niesamowicie miły i ważny dodatek, tak samo jak bezwietrzna aura. Wycieczka zajęłam nam 8,5h, gdyż co chwila delektowaliśmy się przepiękną i rozległą panoramą na islandzkie góry, lodowce, aż po sam atlantyk. Czy można lepiej rozpocząć zwiedzanie? Nie odpowiem jednoznacznie twierdząco, ale na pewno byłoby to wyjątkowo ciężkie zadanie.
Po powrocie do Vik zrobiliśmy krótką przerwę na restaurację, zakupy spożywcze i odpoczynek, aby następnie podziwiać maskonury! Te ptaki pojawią się na Islandii wiosną i spędzają na niej czas mniej więcej do końca sierpnia. Są wręcz wizytówką regionu i powodem dla którego tak wiele osób przybywa tutaj o tej porze roku. My na dobry punkt nie mieliśmy daleko, raptem 15 minut jazdy busem. Ilość maskonurów dopisała, choć w pierwszym punkcie nie było ich wiele, to w drugim na pewno zobaczyliśmy grubo ponad sto sztuk! To naprawdę imponujący wynik, szczególnie że mogliśmy podziwiać je w ciszy i spokoju. Większość turystów zna tylko to pierwsze miejsce i pomimo braku ptaków, tam skupił się ruch turystyczny.
To był naprawdę intensywny początek, ale nie ma się co dziwić. Kolejnego dnia czekał nas spokojny poranek, zwiedzanie czarnej plaży Reynisfjara, wodospadów Skogafoss oraz Seljalandsfoss. Dlaczego tak na spokojnie? Naszym celem było dostać się do Thorsmorku i rozpoczęcie misji interior! Ale o tym przeczytasz już dalej.
Thorsmork - zielona kraina w sercu islandzkich gór
To bez wątpienia moja ulubiona część Islandii! Fascynująca, soczyście zielona w słońcu oraz mroczna w pochmurnej pogodzie. Zawsze gdy tam jestem, zbieram szczękę z podłogi, choć przecież znam już to miejsce dość dobrze. Samo dostanie się tam jest już wyzwaniem, opcji mamy kilka:
- Trekking 25 km ze Skogar (bardzo kapryśny odcinek pogodowo). Wariant ten odrzuciłem z powodu braku czasu, wycieczka musiałaby trwać dwa dni dłużej.
- Laugavegur, czyli trekking 55 km z Landmannalaugar do Thorsmork. Ta opcja też odpadała, gdyż nasza wycieczka nie przewidywała przejścia tego szlaku w całości.
- Przejazd drogą F249 przez rzekę Krossa, jedną z najbardziej niebezpiecznych na Islandii i właśnie tę opcję wybraliśmy!
Dlaczego zdecydowałem się na autobus? Po pierwsze, aby oszczędzić czas – a po drugie, aby dotrzeć do naszego miejsca noclegu niezależnie od warunków pogodowych. Przejście od Skogar też wchodziło w grę, ale gdyby w ten dzień trafiła się kiepska pogoda, a w busach nie było miejsca, no cóż – zostalibyśmy na ulicy i to dosłownie. Drogą F249 nie można poruszać się autami z wypożyczalni, a zalecane opony to aż 35 cali! Nawet nie brałem pod uwagę samodzielnego przekraczania rzek ze względów bezpieczeństwa. To miejsce zna wiele historii, gdzie turyści utopili samochody, nie brakowało niestety także wypadków śmiertelnych, po czym droga oficjalnie została zamknięta dla takich pojazdów. Mimo wszystko wciąż można je tam spotkać, jeden utopił się dzień przed naszym przyjazdem, na szczęście nikomu nic się nie stało. Cała ta otoczka dodaje niesamowitego kolorytu, co stanowi świetną przygodę – dlatego nasza grupa pojechała do Thorsmorku właśnie specjalnie przygotowanym autobusem do przekraczania najtrudniejszych rzek Islandii!
Już kiedyś wspomniałem, że mam w życiu dużo szczęścia, nie zabrakło go i teraz. Okazało się, że cały pojazd jest do naszej dyspozycji, a kierowcą jest przemiły rodak, który miał po dojeździe 2,5h czasu wolnego, dlatego zaoferował nam prywatny przejazd i zatrzymywanie się gdzie tylko chcemy. To było bardzo miłe, jednak nie chciałem nadużywać gościnności, mimo wszystko zatrzymaliśmy się w kilku przepięknych, dodatkowych miejscach! Takie małe gesty naprawdę pamięta się na całe życie. Ale dobrej passy nie było mało, gdyż w naszym schronisku okazało się, że zameldowali nas w innym budynku, aby był on cały dla naszej grupy! Cóż to był za dzień pełen przepięknych zbiegów okoliczności. Tym sposobem nasz zespół miał do dyspozycji schronisko z kuchnią tylko dla siebie! Portal Tatrzański to naprawdę potrafi w te wycieczki.
Po rozpakowaniu się i krótkiej przerwie na obiad, udaliśmy się na trekking na Valahnukur. Pogoda zaserwowała nam prawdziwy spektakl. Najpierw słońce, niebieskie niebo i wręcz lejący się żar. Jednak z drugiej strony już zmierzał do nas front deszczowy, który dopadł nas w kolejnym schronisku. Pół godziny czekania i ruszyliśmy dalej, pomimo tego, że lekko kropiło udało nam się dostać suchą stopą do Volcano Huts, gdzie przeczekaliśmy resztę deszczu. Na szczyt weszliśmy już w dobrej pogodzie, a na zejściu aura zmierzała ku bezchmurnej, pokazała się przepiękna tęcza, a słońce znów zaczęło nas ogrzewać. Była to naprawdę piękna, rozgrzewkowa wycieczka przed kolejnym dniem, który był naszym punktem kulminacyjnym wycieczki w tym rejonie.
Ze schroniska ruszyliśmy już o 5:30, co było świetną decyzją, gdyż pewna pogoda miała być do około godziny 17/18, następnie miał wejść front deszczowy, który utrzymał się finalnie przez cały kolejny dzień. Biorąc pod uwagę ten fakt oraz świetną kondycję grupy, zaproponowałem dłuższą turę, aby wejść jeszcze na szczyt zaplanowany właśnie na kolejny dzień. W innym przypadku nie byłoby to możliwe. Wszyscy zareagowali z zadowoleniem, choć zdawali sobie sprawę z długości i trudu dnia. Poranek był całkowicie bezchmurny, co jak na Thorsmork jest prawdziwym cudem – było fantastycznie. Brak wiatru, przepiękne kolory wschodu słońca, dzika przyroda i my sami na szlaku – romantyzm w pełnym wydaniu! Takie warunki utrzymały się praktycznie przez większość dnia. Pierwszym celem trekkingu było wejście na kratery wulkaniczne: Magni i Modi, które powstały w trakcie potężnej erupcji Eyjafjallajökull w 2010 roku. Tak, to ten wulkan, który sparaliżował lotnictwo w Europie. Jednak prawdziwe smaczki były dopiero przed nami, a dokładnie wąwóz Hvannargil! Moje ulubione miejsce całej wycieczki, ależ on jest piękny! Mało znany wśród turystów, większość go po prostu pomija, a jest wyjątkowo piękny. Nie spotkaliśmy w nim nikogo, a otaczała nas przepiękna zieleń, rzeki lodowcowe i spektakularne ściany wąwozu ze skał wulkanicznych. Widoki jak z innej planety, takie – których nigdzie indziej nie da się zobaczyć. Tego dnia, choć już zmęczeni weszliśmy jeszcze na Útigönguhöfði i dokończyliśmy spacer wąwozem. To był w sumie plan kolejnego dnia, jednak jak już wspomniałem – nie byłoby on wykonalny z powodów pogodowych. Całość trekkingu to aż 23 km i 1800 sumy podejść! Kawał solidnego dnia, choć dla wprawnych, tatrzańskich turystów można powiedzieć, że to dzień jak codzień.
Gdy doszliśmy do schroniska, dobra pogoda jeszcze się utrzymywała. Front deszczowy przyszedł finalnie o 19:00 i trzymał się przez cały kolejny dzień, choć z małym wyjątkiem. Ze względu na dobrą formę i gorszą pogodę kolejnego dnia, zrobiłem grupie niespodziankę i przebukowałem nasz powrót autobusem na godzinę 10:30 z 16:30, abyśmy mogli zwiedzić jeszcze Golden Circle. Zmiana ta wiązała się jednak z jedną, drobną niedogodnością – do przystanku mieliśmy 60 minut spacerem, zamiast 60 sekund. Mimo wszystko wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że lepiej chwilę zmoknąć, następnie wysuszyć się w hotelu i zwiedzać dalej, niż siedzieć cały dzień w schronisku. I teraz znów aura pokazała, że czuwa nad nami! Po wyjściu ze schroniska nagle przestało padać i taka pogoda utrzymała się 1,5 godziny! Cud? Może i tak, w sumie to bez większego znaczenia – udało nam się w fajnej pogodzie przejść całą trasę i przy kubku ciepłej kawy oczekiwać na transport.
Tak właśnie minął nam ten dzień. Szczęśliwi odwiedziliśmy jeszcze Gullfoss oraz Geysir i udaliśmy się do hotelu i restauracji, aby podsumować ten fantastyczny okres i przygotować się na punkt finalny, czyli góry tęczowe!
Landmannalaugar oraz Kerlingarfjöll - czyli miejsca niczym z innej planety
Ostatnie dwa dni mieliśmy spędzić tylko w Landmannalaugar, jednak pogoda była tak dobra, że w zasadzie zobaczyliśmy wszystko w jeden. Nie, nie przeszliśmy dwóch zaplanowanych tras, gdyż nie byłoby to fizycznie możliwe, jednak panoramy były tak rozległe, że grupa nasyciła się już w trakcie pierwszego kontaktu. Jako to, że zawsze reaguję i dostosowuję plan do grupy, wpadłem na nieco szalony pomysł z dużą korzyścią dla gości mojej wycieczki. Zaproponowałem im zmianę i zakończenie wyjazdu w Kerlingarfjöll. Wiązało się to z odkryciem nowego miejsca, ale nieco krótszym trekkingiem, tam po prostu nie ma możliwości odbyć aż takich tras jak w Landmannalaugar. Mimo to jest to miejsce całkowicie z innej bajki, choć powstało tak samo, to źródła geotermalne są tam znacznie bardziej aktywne, dzięki czemu całość wygląda jeszcze bardziej abstrakcyjnie! Efekt? Grupa była zachwycona zmianą, a ja ucieszyłem się, że mogłem sprawić im przyjemność. O to właśnie moim zdaniem chodzi w tej pracy – o elastyczność i umiejętność dostosowania się do panujących warunków.
Góry tęczowe są naprawdę wyjątkowe. Zbudowane są z ryolitu, czyli skały wulkanicznej, która w połączeniu z gazami i źródłami geotermalnymi nabrała przeróżnych barw. Oczywiście to bardzo skrócona historia, jednak pozwala wyobrazić sobie zachodzące tam procesy. Biały, czerwony, zielony, niebieski i wiele więcej – paleta barw jakby nie miała końca, a gdy zaświecą pierwsze promienie słońca lub nadejdzie bezchmurne popołudnie, całość wygląda olśniewająco. Dobrze prezentują się także w trakcie tzw. moody warunków – to po prostu trzeba zobaczyć!
W Landmannalaugar przeszliśmy przepiękną pętlę przez Skali oraz Blahnukur – całość to 20 km marszu i około kilometra przewyższenia, przyjemna wycieczka. W Kerlingarfjöll natomiast przeszliśmy około 6 km, co zajęło nam 4h. Nie ma się co dziwić, gdyż każdy chciał co chwilę robić zdjęcia. Poza tym miejsce to jest wyjątkowo “błotniste”, dlatego trzeba ostrożnie stawiać każdy krok. Także dojazd tam jest wyjątkowo wymagający – 60 km szutru w jedną stronę, z czego połowa nie była tego lata w zbyt dobrym stanie. Zupełnie inaczej niż rok wcześniej, gdzie zapamiętałem ten dojazd jako wyjątkowo łatwy.
I tak nasza wycieczka dobiegła końca! Ja odczarowałem letnią Islandię, a grupa wróciła z wrażenie niemożliwymi do odtworzenia dla tych, którzy tam nie byli. Cóż to był za fantastyczny tydzień z Portalem Tatrzańskim! Dla takich wycieczek i chwil po prostu aż chce się żyć wiecznie. Dziękuję, że jesteście i do zobaczenia na kolejnych przygodach!
