Patagonia cz. 2: Torres del Paine
Kolejnym przystankiem mojej podróży była chilijska część Patagonii, a dokładnie Park Narodowy Torres del Paine. To około sześć godzin jazdy samochodem z El Chalten. Ostatecznie nie obyło się bez przygód, gdyż na kluczowej stacji benzynowej, gdzie miałem napełnić kanister paliwem, okazało się, że jeden klient może zakupić maksymalnie do 25 litrów benzyny, wlewanej tylko do baku. Całe zdarzenie miało miejsce jeszcze w Argentynie, a do granicy z Chile czekała mnie jeszcze godzina jazdy, w trakcie której mocno zastanawiałem się co zrobić z tą sytuacją. Biłem się z myślami w każdej sekundzie, bowiem wjazd na teren Parku Narodowego Torres del Paine nie może odbyć się później, niż do 18:30, a zmiana planów oznaczałaby dotarcie na miejsce dosłownie na styk. Negatywne doświadczenia po poprzednim przekraczaniu granicy, także nie napawały optymizmem, choć to akurat okazało się dobrze zebranym doświadczeniem.
Po około 40 minutach postanowiłem podjąć ryzyko. I tak musiałbym kolejnego dnia wrócić do miasta po paliwo, tracąc przy tym znaczną część dnia (dwie godziny w jedną stronę samej jazdy). Był to szalony wyścig z czasem, ale dzięki poprzednim problemom na granicy, tym razem wszystko odbyło się wyjątkowo sprawnie i przyjemnie, raptem 30 minut i byłem już w Chile. Czas był tak dobry, że postanowiłem zrobić jeszcze duże zakupy spożywcze, aby nie tracić czasu w górach. Ostatecznie w miejscu parkowego check-in pojawiłem się 20 minut przed zamknięciem. Najważniejsze w tym wszystkim było jednak paliwo, w innym przypadku straciłbym cały dzień zwiedzania. Początkowo mnie to nie martwiło, gdyż pogoda zapowiadała się fatalnie – codziennie ulewy i wiatr 120+ km/h. Ostatecznie było jednak cudownie i utrata tych możliwości byłaby bardzo bolesna.
Na nocleg wybrałem lokalny camping, który znajduje się w idealnym położeniu zarówno dla fotografii, jak i trekkingu. Był to strzał w dziesiątkę, bowiem gdy tylko dotarłem na miejsce, nie potrafiłem zebrać szczęki z podłogi. Nie chodzi o camping i jego udogodnienia, ale położenie oraz przyrodę! Bez dwóch zdań mogę stwierdzić, że nocleg w Torres del Paine jest w TOP 3 moich przeżyć, nie tylko tej wycieczki, ale całego życia! Codziennie koło namiotu latały sowy, rozmawiając między sobą o niezrozumiałych dla mnie tematach, przylatywały bardzo duże ptaki (np. karakara czubata), jak i te mniejsze, które chodziły sobie obok namiotu. Pierwszej nocy mój mały domek stał się obiektem intrygującym także inne zwierzęta, które przychodziły, intensywnie wąchały namiot i poruszały go nosem. Byłem zachwycony, choć zdawałem sobie sprawę, że gospodarzami tutejszej ziemi są także pumy oraz skunksy.
Sam camping był świetnie przygotowany, posiadał wiaty które chroniły namiot przed wiatrem i deszczem. W Patagonii to ważne, gdyż w miejscu gdzie nocowałem, potrafi wiać z prędkością powyżej 120 km/h. Prognoza pogody na mój pobyt była fatalna, więc tym bardziej byłem z tego faktu zadowolony. Na szczęście nie sprawdziła się, a karta tym razem była po mojej stronie.
Zwiedzanie Torres del Paine jest czymś niesamowitym! Absolutnie nie można pominąć noclegu w tym miejscu, gdyż w ciągu dnia zwierzęta chowają się przed ludźmi i choć wciąż jest ich imponująca ilość, to wieczorem dzieje się prawdziwa magia. Obiektów noclegowych nie ma zbyt wiele – raptem cztery, z czego jeden położony jest naprawdę w dużej odległości, co dyskwalifikuje go jako bazę wypadową. Rezerwacji trzeba dokonać z okrutnym wręcz wyprzedzeniem, co spowodowało że postanowiłem spać na campingu i mieć pełną mobilność w podróży. Co prawda jeden, położony nieco dalej obiekt oferował kilka wolnych pokoi, ale ze względu na monopol ceny przebijały nawet apartament prezydencki w warszawskim hotelu Marriott.
W Torres del Paine można udać się na trekking z plecakiem, pokonując jedną z popularnych tras W-trek lub O-trek. Odrzuciłem jednak tę możliwość, gdyż po zapoznaniu się z widokami ze szlaków, wiedziałem że najlepsze panoramy znajdują się w innych miejscach. To na pewno świetna przygoda, ale wymaga także znacznie większej ilości czasu oraz rezerwacji dokonanej już w czerwcu poprzedniego roku. Biorąc poprawkę na te wszystkie aspekty, uznałem że nie ma takiej potrzeby. Jednak jeżeli chcesz oderwać się od świata i wędrować praktycznie samotnie, wybierz się na O-trek (musisz mieć namiot). W-trek jest bardzo popularny i świetnie przygotowany – namioty na stelażach, Wi-Fi, sklepy spożywcze przy bufetach i wiele, wiele więcej. Mijaliśmy jedno takie miejsce i naprawdę robi wrażenie.
W tym czasie postanowiłem wejść na wszystkie okoliczne wzniesienia, z których roztacza się cudowny widok na Cuernos del Paine, zdecydowanie najpiękniejsze szczyty w całym Parku Narodowym. Trochę tych trekkingów musiałem odbyć, ale było warto – wschody i zachody słońca były spektakularne! Także trekkingi w ciągu dnia robiły niesamowite wrażenie ze względu na dynamiczną pogodę.
Będąc w tym miejscu nie można nie odwiedzić Lago Torres, jeziora z widokiem na najpopularniejsze szczyty obok Cuernos del Paine . To już bardziej wymagający trekking podczas którego pokonałem 25 km, jednak szedłem trochę dłuższym wariantem, standardowo to 20 km. Moim celem było pojawienie się tam na wschód słońca, ale ten niestety nie dopisał i dopiero w ciągu dnia zrobiła się naprawdę dobra pogoda. Warto wyjść jednak wcześnie, nawet jeżeli nie jest się fotografem, dlaczego? To bardzo popularna trasa i później robi się duży ruch. Może nad samym jeziorem nie jest on tak dokuczliwy, gdyż miejsca jest sporo, jednak po drodze trzeba przejść wąskim mostem przez rzekę. W jednym momencie mogą znajdować się na nim maksymalnie dwie osoby, łatwo więc wywnioskować, że czas oczekiwania około godziny 9 czy 10 może osiągnąć absurdalne wręcz wartości. Oczywiście co kto lubi, ale mi to zabija przyjemność z podróżowania. Nie po to idę ku naturze, aby stać w korkach. By nie musieć się denerwować i mieć wszystko dla siebie, po prostu wychodzę wcześnie rano, to lek na górskie zatory.
Czas spędzony w Torres del Paine był wyjątkowy! Szczerze przyznam, że prawie uroniłem łzę opuszczając to miejsce. Do dzisiaj mam przed oczyma cudowną ścianę Cuernos del Paine oraz dźwięki i obcowanie z dzikimi zwierzętami. Dopiero w tym miejscu zrozumiałem jak wielką krzywdę człowiek wyrządził alpejskiej przyrodzie. Uwielbiam Alpy i cenię je za infrastrukturę pomocną turyście – wysoko położone parkingi oraz kolejki, to naprawdę duże dobrodziejstwa. Wiecie jednak co? W Chile zmieniłem się, zrozumiałem że nasza wygoda i chęć zarobku, nigdy nie powinna stworzyć tak bestialskiego ataku na naturę, jaką możemy zobaczyć głównie w Alpach.
Zanim opuściłem Patagonię, postanowiłem wykorzystać fakt wylotu z Punta Arenas i udałem się na wyspę Magdalena oraz Marta w celu podziwiania pingwinów magellańskich oraz lwów morskich. O ile pierwsze to prawdziwe słodziaki, tak drugie wzbudzały respekt. Ryki były okropne i pomyślałem, że nigdy nie chciałbym się znaleźć pomiędzy nimi.
W ten oto sposób zakończyłem wycieczkę w Patagonii. Można ją było jeszcze przedłużyć o Ziemi Ognistą, jednak po dobrze wykonanym rozeznaniu terenowym, uznałem że to, co najpiękniejsze już zobaczyłem, a niestety nie mam dwóch miesięcy na zwiedzanie. Udałem się zatem na północ kraju (odległość to jedyne 4000 km), aby zobaczyć zupełnie odmienną pustynię Atacama.
