Riła i Piryn: wejście na Musałę, Wichren oraz grań Konczeto
Góry Bułgarii już od dawna były na mojej liście, jednak dystans dzielący mnie od nich zawsze zniechęcał do krótkiej, zaledwie weekendowej wycieczki. Wszystko zmieniło się w tym roku – pojawił się bezpośredni lot z Krakowa do Sofii. Nie myśląc dużo, wybrałem wolny weekend, kupiłem bilety i spokojnie oczekiwałem na przygodę. Jak zawsze, czas zleciał bardzo szybko.
Bułgaria większości osób kojarzy się głównie ze wschodnim wybrzeżem, czyli odpoczynkiem na złocistych plażach Morza Czarnego. Nic bardziej mylnego, posiada ona fascynujące pasma górskie, a ja za swój cel wybrałem głównie Piryn oraz dodatkowo Riłę (ze względu na najwyższy szczyt kraju). Godnym uwagi jest także centralny masyw Bałkanów, ala na niego tym razem nie starczyło czasu. W zasadzie Bułgaria ma ponad dziewięciokrotnie większą powierzchnię gór wysokich od Polski (1933 km2 do 211 km2) oraz ponad dwa razy większą powierzchnię od całych Tatr (810,5 km2). Za góry wysokie uznałem pasma górskie, w których znajdują się szczyty od 2000 metrów wysokości w górę; w Polsce zatem mówimy tylko o Tatrach.
Planując wyjazd szybko znalazłem jego główny cel. Nie była nim wcale Musała, najwyższy szczyt Bułgarii oraz całych Bałkanów, ani nawet Wichren – drugi najwyższy wierzchołek. Oglądając zdjęcia ludzi z różnych wypraw, od razu w oczy wpadła mi grań Konczeto od szczytu Kuteło 2 do Banskiego Suchodołu. Wyglądała niesamowicie pięknie, a szczególnie jej wschodnia ściana o poranku i to właśnie ten fakt zadecydował, że musiałem tam być o złotej godzinie! Cel górski został wybrany, bilety lotnicze zakupione – pozostała jeszcze rezerwacja transportu oraz noclegi. Jeżeli chodzi o ten ostatni fakt, to przy swoich podróżach prywatnych zawsze zabieram namiot, a ewentualne hotele czy apartamenty rezerwuję w dniu noclegu – zatem polecieliśmy bez żadnych rezerwacji. Bardzo spodobał mi się ten system w Ameryce Południowej, gdzie mieliśmy całkowitą swobodę, a z noclegiem pod dachem nigdy nie było problemów. Co ciekawe ceny last minute były dużo korzystniejsze, niż rezerwacje z dużym wyprzedzeniem. Oczywiście ten patent nie sprawdzi się dla większej grupy, sądzę że dwie osoby to rozsądne maksimum.
W Sofii bardzo mocno zaskoczyła mnie ograniczona ilość aut do rezerwacji. W zasadzie są tam tylko sieciówki i dosłownie kilka lokalnych firm. Te ostatnie mają jednak bardzo złe opinie, szczególnie w zakresie zwrotu depozytu (nie ma możliwości bez), dlatego też wybrałem droższą opcję w Europcar. Okazało się, że Bułgaria nie jest wcale taka tania i wypożyczenie pojazdu jest droższe, niż chociażby w Toskanii. Przez chwilę rozważaliśmy komunikację zbiorową, ale nasz grafik był bardzo napięty i przejazdy autobusem, choć możliwe, zmuszałyby nas do wydłużenia wyjazdu o dzień, a rozkład linii lotniczych już o dwa dni. Uznaliśmy, że najlepszą opcją będzie zatem wynająć samochód. Po wylądowaniu w Sofii szybko zrozumieliśmy skąd tak nieliczna i dość droga oferta. Parking lotniskowy aut z wypożyczalni był wielkości mniej więcej tego spod Lidla. Mały wybór, to mniejsza konkurencja, a co za tym idzie wyższe ceny – wszystko szybko stało się jasne.
Wylądowaliśmy zgodnie z planem i przed południem ruszyliśmy w stronę miejscowości Bansko, a następnie do Schroniska Wichren. Położone jest ono na wysokości 1950 m n.p.m. i stanowi bazę wypadową na najwyższy szczyt Pirynu. Czas przejazdu ze stolicy to około 2,5 godziny. Na miejscu dostępna jest niewielka ilość miejsc parkingowych, jednak tego dnia było niebywale pusto. Zarówno w mieście, jak i przy samym schronisku – wszystko wyglądało jakbyśmy przyjechali w listopadzie, a nie w połowie lipca. Zaparkowaliśmy bez problemów i ruszyliśmy w góry na spotkanie z przyrodą. Pierwszy dzień w terenie był dość pochmurny, jednak zagwarantowało to niesamowicie ciekawą i dynamiczną aurę do zdjęć. Naszym celem było dojście do schronu Kazana, a następnie fotograficzna eksploracja zboczy szczytu Kuteło. Już samo podejście do miejsca noclegu było świetnym doświadczeniem, bowiem mieliśmy naturę tylko dla siebie. Góry Bułgarii ogólnie przypominają Tatry, więc widokowo można poczuć się tam jak w domu. Po udanym wieczorze nastał czas na krótki odpoczynek, w końcu musieliśmy wyruszyć wcześnie rano, aby zdążyć na wschód słońca.
Równo ze złotą godziną zameldowaliśmy się na szczycie Kuteło 2, z którego to ciągnie się interesująca nas grań do Banskiego Suchodołu. Warunki były wręcz idealne – piękne, miękkie światło, kilkanaście chmurek i całkowite pustki na trasie. Po wykonaniu zdjęć ruszyliśmy na szczyt, gdzie przygotowaliśmy sobie przepyszne śniadania. Grań Konczeto ubezpieczona jest stalowymi linami, teren ogólnie jest dość prosty dla doświadczonych i sprawnych turystów. W innym przypadku może sprawić trochę problemów, szczególnie w późniejszych godzinach, kiedy to na trasie znajduje się więcej osób, z którymi trzeba się jeszcze mijać. Po niespełna godzinie na szczycie ruszyliśmy w drogę powrotną. Tym razem postanowiliśmy przetrawersować pokonaną wcześniej grań i uważam to za błąd. Dlaczego? Teren był wyjątkowo nieprzyjemny, niby prosty, ale sypki i miejscami stromy, do pokonania był także dość niebezpieczny płat śniegu (o jego istnieniu dowiedzieliśmy dopiero na samym końcu trawersu). Brakowało także widoków – już wiem, że następnym razem wrócę granią. Bezpieczniej, sprawniej i przede wszystkim dużo, dużo piękniej pod kątem widoków.
Po powrocie na przełęcz znów przed oczami mieliśmy przepiękną, północną ścianę Wichrenu. Patrząc na szczyt z tej strony, szybko można zrozumieć dlaczego nazywany jest królem Pirynu. Robi ogromne wrażenie! I co ciekawe, właśnie tą północną ścianą prowadzi trudniejszy wariant szlaku turystycznego. Właśnie nim dostaliśmy się na najwyższy szczyt masywu. Odcinek ten ubezpieczony jest w bardzo długi ciąg łańcuchów, jednak z perspektywy przewodnika górskiego jest on bardzo prosty. W zasadzie nie skorzystałem z nich ani razu, jednak uznaję je za przydatne. Osoby mniej sprawne, ale także i wszyscy w zejściu czy podczas deszczowego dnia odetchną z ulgą, gdy będą mieli pomoc na marmurowych, śliskich płytach. Po trzydziestu minutach marszu od przełęczy zameldowaliśmy się na Wichrenie. Widoki były przecudowne, a pokonana przez nas wcześniej grań Konczeto wyglądała z dachu Pirynu bardzo niepozornie. Na wierzchołku spędziliśmy godzinę, następnie czekało nas już zejście prostą ścieżką turystyczną do schroniska. Na szlaku mijaliśmy sporo osób, w końcu była sobota, jednak ten prosty odcinek, wcale taki łatwy nie był. Stan szlaku jest fatalny, przez co wszystko się osuwa lub trzeba praktycznie skakać, aby pokonać kolejne progi. Dość znużeni po dwóch godzinach zameldowaliśmy się przy naszym samochodzie. Nie czekając długo udaliśmy się do miejscowości Borowec na nocleg.
Ostatnim etapem naszej podróży było wejście na Musałę, czyli najwyższy szczyt Bułgarii oraz całych Bałkanów. Wierzchołek ten wznosi się na 2925 m n.p.m.! Aby ułatwić sobie wejście postanowiliśmy wjechać kolejką i następnie szlakiem wejść na szczyt. Trasa ma około 7,5 km oraz 600 metrów sumy podejść. Zrobiła na nas duże wrażenie, jednak uznaliśmy, że powrót tą samą trasą to będzie dla nas za mało. Zanim udaliśmy się w drogę powrotną, zdobyliśmy jeszcze Małą Musałę, dzięki czemu skompletowaliśmy wszystkie szczyty Bułgarii powyżej 2900 metrów, a jest ich łącznie pięć. Do kolejki zeszliśmy pozaszlakową, ale naprawdę prostą granią. Co najważniejsze byliśmy na niej praktycznie sami, co jakiś czas mijaliśmy się tylko z dwójką rodaków. To była miła odmiana w porównaniu do głównego traktu turystycznego, który tego dnia był bardzo zatłoczony. Słów kilka poświęcę jeszcze Małej Musale. Na ten wierzchołek oficjalnie nie prowadzi żaden znakowany szlak, choć ścieżka jest dobrze widoczna. Należy jednak rozsądnie mierzyć siły na zamiary. Trasa zajmuje około 30 minut w jedną stronę i porównać ją można do Orlej Perci. Występują ułatwienia, a ścieżka jest bardzo wąska – najmniejszy błąd oznacza bardzo duże konsekwencje, dlatego nie jest to wariant dla wszystkich!
Dodatkowe atrakcje nasyciły nas tamtego dnia i postanowiliśmy zjechać kolejką do auta, co było bardzo dobrym wyborem. Zejście do Borowca na nogach, to niezbyt atrakcyjny teren leśny, bez większych widoków. Wjazd i zjazd kolejką, a następnie rozszerzenie wycieczki o opisane wyżej atrakcje jest w pełni satysfakcjonującą wycieczką. Tak nasz pobyt dobiegł końca, o 7:18 kolejnego dnia zameldowaliśmy się na lotnisku w Krakowie, a 9:00 byłem już w pracy.
Był to absolutnie świetny wyjazd! Weekend, który nasycił nas niczym tygodniowy urlop. Każda sekunda była idealnie wykorzystana, a doświadczenia obcowania z naturą sam na sam pozostaną z nami już na zawsze.
