Mariusz Grefkowicz

Wycieczka na Język Trolla - czyli fotograficzny wyjazd marzeń

Trolltunga, czyli po norwesku język trolla jest miejscem, którego nie trzeba nikomu przedstawiać. Skała w charakterystycznym kształcie, zawieszona nad przepaścią, jest jednym z najpopularniejszych miejsc nie tylko Norwegii, ale i całej Skandynawii. Do tej pory kraj ten odwiedziłem kilkukrotnie, jednak za każdym razem byłem w jego północnej części. Dobre połączenia lotnicze z Krakowa do Bergen zachęciły mnie, aby spędzić tam weekend i w końcu stanąć osobiście na czubku tej słynnej formacji skalnej.

Relacje w sieci z weekendowych dni z wejścia na Trolltungę są bezlitosne: tłumy na szlaku, do dwóch godzin stania w kolejce, aby postawić stopy na “czubku języka”, czy też statystyki odwiedzin – wzrost z 1000 osób rocznie w 2010 roku do 100 000 osób obecnie. Miejsce to przez swoją wyjątkowość stało się niesamowicie popularne. Po krótkim namyśle, a w zasadzie w ułamku sekundy podjąłem decyzję, że odwiedzę je w mniej popularny sposób: z namiotem w plecaku zobaczę to miejsce o zachodzie i wschodzie słońca, śpiąc tuż obok niego. Jeśli już mnie znacie, wiecie że oprócz gór kocham fotografię, zatem dwa plenery zamiast jednego – dla mnie brzmiało idealnie.

Początkowo chciałem całą podróż zrealizować bez wynajmowania samochodu, jednak okazało się że koszty dojazdu transportem zbiorowym są tak wysokie, że na dwie osoby bardziej opłacało się wynająć auto. Finalnie na tym zyskaliśmy, bo dzięki temu odwiedziliśmy miejsca, których nie udałoby się nam zobaczyć jadąc autokarem, tym bardziej byłem zadowolony.

Po przylocie do Bergen i odebraniu samochodu, ruszyłem do Oddy i dalej w stronę parkingów pod Trolltunga. Aby wejść na szlak, należy zaparkować na jednym z trzech parkingów. Ja wybrałem ten środkowy – P2. Trasa trekkingowa z niego to 14 km w jedną stronę (4 km asfaltem i 10 km po ścieżce i płytach skalnych). Szlak jest bardzo łatwy, a asfaltowy odcinek można pokonać shuttle busem. Jedyną trudnością w mojej opinii są nieprzewidywalne warunki pogodowe w Norwegii oraz długość trasy. To 28 km w dwie strony do przebycia. W zasadzie warto skorzystać z podwózki busem, gdyż przejazd w dwie strony kosztuje 150 NOK (około 50 zł). Nie jest to wygórowana cena jak na Norwegię, a odcinek ten jest bardzo stromy. W dodatku pokonywałem go w pełnym słońcu, z bardzo ciężkim plecakiem – tak marzyłem wtedy o tym busie, ale cóż – trzeba być twardym, nie ma narzekania. 

W skrytości serca marzyłem nie tylko o udanym wejściu, ale o dobrych warunkach fotograficznych o zachodzie oraz o wschodzie słońca. Prognoza pogody była dynamiczna. Po dojściu na miejsce rozbiłem namiot i… rozpadało się na dobre! Nie tracąc jednak pozytywnego nastawienia, czekałem na poprawę warunków i nie przeliczyłem się. Wraz z początkiem złotej godziny deszcz przestał padać, a niebo zapłonęło w złoto-pomarańczowych kolorach! Gdy skończyłem fotografować i poszedłem spać… krople deszczu znowu rozpoczęły swój koncert na ściankach namiotu. Jednak pełen nadziei śledziłem aplikacje pogodowe, ciesząc się na okno pogodowe w prognozie akurat na wschód słońca. I znów nie zawiodłem się! Mroczny, ponury klimat – tak przeciwny do warunków z zachodu słońca, chyba jeszcze bardziej mi się spodobał. Szybkie fotki, śniadanie, złożenie namiotu i… znowu zaczęło padać. Tym razem już na dłużej, dużo dłużej. Nie było na co czekać, prognoza pogody pokazywała coraz gorsze fronty, więc szybko zeszliśmy na dół i już o 9:20 zakończyłem trekking na ten dzień.

Jak zaczęło lekko padać o godzinie 6 rano, tak o godzinie 11 rozpadało się na dobre i ulewa towarzyszyła nam już do nocy. Nie byłem jednak tym zasmucony, zmęczenie podróżą, brakiem snu, wysiłkiem fizycznym zrobiło swoje i relaks w dźwiękach deszczu potraktowałem jako nagrodę na trud wyjazdu.

Kolejny dzień powitał mnie pochmurnym klimatem, już na szczęście bez deszczu, więc mogłem realizować założony na ten dzień plan: jeden z najpopularniejszych norweskich wodospadów – Vøringsfossen, kolejny wodospad – Skjervefossen, który rozdzielony asfaltem w kamerze drona wyglądał niczym Multnomah Falls w Oregonie. Potem przejazd do Bergen, kościół Fantoft stavkirke i w końcu zwiedzanie starówki – Bryggen. Moja godzina wylotu z Bergen pokryła się z prognozą uderzenia sztormu, jednak i tym razem pogoda mi sprzyjała – samolot odleciał, a silny wiatr i ulewy nadeszły chwilę później. 

Ten weekend był idealny pod każdym względem – warunki pogodowe, warunki fotograficzne, towarzystwo, spotkani ludzie (jajecznicę o wschodzie słońca na Trolltunga przygotowaną przez Palestyńczyków będę długo wspominać) – lepiej być nie mogło.

Norwegio – dziękuję Ci! Do zobaczenia już wkrótce!

Scroll to Top